Głód jak seks – rozmowa z Beatą Rudzińską

Napisała do nas czytelniczka, że najpierw zjada normalną kolację z rodziną, ale w nocy budzi się i dopada lodówki, wyjadając z niej co się da. Potem zżerają ją wyrzuty sumienia. Czy to już choroba?

To może być też choroba. Ale przede wszystkim to brak kontaktu z własnymi emocjami. Nieumiejętność ich rozpoznawania i uwalniania! Zamiast je do siebie dopuścić – nawet te smutne, złe (choć emocje nie są ani dobre, ani złe) – a potem nazwać, zrozumieć, wyciągnąć z nich wnioski, ona je zajada. Żeby choć przez chwilę poczuć coś innego niż niezrozumiały, dobijający się do świadomości żal czy rozczarowanie.

 

Czyli jej problemem nie jest obżarstwo lecz coś położonego psychice?

 

Prawdopodobnie tak! Trafiła do mnie niedawno matka trójki dzieci, pozornie spełniona. Ale czuła się szczęśliwa, dopiero kiedy mąż zabierał dzieciaki na wakacje, zostawiając ją w domu samą. Wtedy biegła do supermarketu i wrzucała produkty do koszyka, nie patrząc, czy je lubi, czy ich potrzebuje. Po powrocie do domu, bez opamiętania je pochłaniała.

 

Robiła to na złość sobie, a może komuś?

Napadowe objadanie się to może być rozpaczliwa strategia na zaopiekowanie się sobą. Sposób, żeby choć na chwilę poczuć się lepiej. Odczucie sytości, pełnego brzucha kojarzy się z  bezpieczeństwem i błogim ciepłem. To taka krótka ucieczka od trudnej do zniesienia codzienności, w której coś szwankuje, ale nie mamy odwagi zastanowić się, co. Potem jednak pojawiają się wyrzuty sumienia, frustracja związana z otyłością, pogarda dla własnej słabości. I stare problemy powracają ze zdwojoną siłą. To zamknięte koło wprawiają w ruch zwykle brak ciepła w związku, poczucie zagrożenia lub zdominowania przez partnera, głęboka samotność, niezrozumienie, i wrażenie, że nie ma się wpływu na swoje życie.

 

A więc, najkrócej mówiąc, przyczyną kompulsywnego obżarstwa jest brak miłości?

Nie tylko. Czasem powodem jest trauma z dzieciństwa. Nawet jedno raniące i pozornie zapomniane zdanie w rodzaju: „jesteś za gruba!” potrafi z biegiem lat otorbić się w umyśle. Uwierać coraz mocniej, aż w końcu zacznie się wydobywać na powierzchnię świadomości, w postaci niekorzystnych nawyków lub natrętnych zachowań. Takich właśnie jak napadowe obżarstwo czy poczucie wstydu podczas jedzenia w towarzystwie. Może właśnie dlatego tak wiele kobiet uważa publiczne jedzenie ze smakiem za coś krępującego? Bo wiele nosi w sobie urazy z przeszłości?

Przychodzą do mnie kobiety, które niezależnie od tego, czy tyją, czy chudną, zawsze mają poczucie, że coś z ich sposobem odżywiania jest nie tak, że coś z nimi jest nie tak. Zaczynamy więc wgryzać się w temat i zwykle okazuje się, że praprzyczyną jest brak miłości. Albo samotność. Czy też poczucie wyobcowania. Była u mnie pani z dużymi wahaniami wagi. Kiedy się objadała, to natychmiast tyła, gdy przestawała – zaraz zostawała z niej skóra i kości. Poza tym pozornie wszystko u niej było w porządku. Bardzo aktywna, ćwiczyła jogę. Ale, kiedy spytałam ją o marzenia, przyznała że nie ma żadnych. To mnie zaniepokoiło. Okazało się, że jest rozwiedziona od 20 lat, ale z byłym mężem codziennie rozmawiała przez telefon lub skype’a. Tyle, że ostatnio ten mąż oświadczył, że już nie będzie do niej więcej dzwonić, bo związał się z inną kobietę. Zrozumiała to, przyjęła, pozornie zaakceptowała. Kiedy jednak zaczęłyśmy się cofać w przeszłość i szukać punktu, w którym pojawiły się jej problemy z wahaniami wagi, moja klientka doszła do wniosku, że wszystko zaczęło się właśnie od tej rozmowy.

 

Chcesz powiedzieć, że to, czy ktoś jest gruby, czy przeraźliwie chudy zależy tego, co gryzie jego duszę…

 

Żeby poznać co to takiego, najpierw sprawdzam relację tej osoby z jedzeniem. Pytam, po co jesz? I wtedy padają odpowiedzi: bo lubię, bo mam ochotę, bo muszę. A ja drążę, dopóki ta osoba nie odkryje, że przecież je, żeby żyć. I wtedy pytam, jak chce żyć. Długo? Krótko? Jak się czuje w tym miejscu swojego życia? A także – i przy odpowiedzi na to pytanie, często wylewają się kaskady łez – z kim lubi jeść? Pracuję teraz z panią, która zgłosiła się do mnie z powodu nadwagi. Dopiero przy pytaniu o to, z kim lubi siadać do posiłków, ze zduszonym gardłem przyznała, że jej mąż od pewnego czasu woli jadać sam. Więc ona siedzi sama w kuchni, patrzy w okno i bardzo cierpi, bo człowiek, z którym zdecydowała się dzielić życie, pożywia się za ścianą. I okazało się, że nadwaga bierze się nie ze złego sposobu jedzenia, ale z permanentnego stresu.

 

Co radzisz w takich wypadkach?

Żeby zadbać o siebie. Poszukać czegoś pięknego za oknem. A potem wyjść z domu i popatrzeć na to z bliska. Sfotografować. Podzielić się zdjęciem ze znajomymi. W psychologii takie działanie nazywa się przemieszczeniem. Czyli przeniesieniem swoich emocji i myśli z tego, co smuci i rani, na coś mniej niebezpiecznego, na coś np. ładnego i przyjemnego. To podobny mechanizm, jak ten który stosuje młoda matka, gdy jej dziecko pokłóci się w piaskownicy z innym o łopatkę. Ona stara się wtedy zająć uwagę malucha czymś innym. Mówi: popatrz, jaki ładny ptaszek siedzi na drzewie! I problem łopatki znika. U ludzi dorosłych nie jest to oczywiście takie proste. Ale doraźnie, w pierwszym momencie, pozwala uwolnić się od nagłego cierpienia i sprzyja znalezieniu spokoju w sobie.

 

I to wystarczy?

To dopiero początek. Później proszę o prowadzenie dzienniczka żywieniowego i zapisywania, co się je, kiedy, gdzie. Ale dodatkowo o odnotowywanie, w jakim stanie emocjonalnym się jadło, w jakiej sytuacji. Bo jak mawiał serialowy dr House – wszyscy kłamią. Nieświadomie. I okazuje się, że jadają w pędzie, nerwowo, przed telewizorem albo biegając po domu. To pokazuje, jaką relację ma ta osoba z jedzeniem. Czy je po to, aby żyć, czy też zajada głęboko skrywane stresy.

 

Czy przywrócenie zdrowej relacji z jedzeniem pomaga uporać się z emocjami i w efekcie z problemami?

Jeśli chcesz coś naprawić w swoim otoczeniu, musisz zacząć od siebie. Przestać żyć chwilą, a zacząć żyć w chwili. To pierwszy krok. Następnym jest uświadomienie sobie i zaakceptowanie, że emocje rodzą się w brzuchu. Antonio Damasio, znany neurolog mówi, że umysł to ciało plus układ nerwowy. Zaczynając więc od zadbania o ciało, mamy szansę poznać swoje rzeczywiste potrzeby. I zaakceptować je. Polubić. A potem zaakceptować samego siebie. I być może odkryć, że siebie traktuję źle. Albo, że źle traktuje mnie ktoś z otoczenia. Kiedy już wspólnie dochodzimy do tego miejsca, pytam – co teraz chcesz zrobić z tą wiedzą? Jak pójść dalej, pozostając w zgodzie z samym sobą? Co dobrego dla siebie chcesz znaleźć w twoich relacjach z innymi ludźmi? Kiedy się do tego zabierzesz? Co jest możliwe już dzisiaj?

 

Można sobie samemu pomóc?

Podstawowa sprawa: uświadomić sobie, że mamy problem. Tylko wtedy można ruszyć dalej. Jeśli masz napady nocnego jedzenia, to może stać za nimi właśnie głód emocjonalny, poczucie braku sensu w życiu. Zrozumienie tej zależności otwiera drogę do zmian. Trzeba jednak znaleźć w sobie odwagę, by odpowiedzieć sobie na kolejne pytanie: czego ja potrzebuję? A potem jeszcze więcej odwagi, żeby po to sięgnąć.

 

 

A istnieje związek między jedzeniem a seksem?

 

No jasne! Jedzenie to równie silny popęd jak seks. Ten sam układ nerwowy za nie odpowiada. Pobudzanie go daje podobne odczucie spełnienia. Łapczywość w jedzeniu może więc oznaczać np. brak satysfakcjonującego seksu. Z kolei brak przyjemności jedzenia (są osoby, które nie lubią jeść i jedzą tylko dlatego, że muszą, a sam akt jedzenia to dla niech marnowanie czasu) często idzie za niechęcią do własnego ciała i oporem przed dotykiem. Relacja z jedzeniem jaką mamy, pokazuje jaką mamy relację z ciałem.

To w jaki sposób jemy w pewnym sensie odzwierciadla nasz stosunek do przyjemności, jaka może płynąc z seksu. To jak jemy i to jaki mamy seks pokazuje jak traktujemy nasze ciało. Jak siebie kochamy.

 

 

 

Rozmowę ze mną przeprowadził Zbigniew Zborowski

Całość ukazała się w magazynie “Wróżka” – luty/2019